Polecany post

Retrowrzuta 1981 - Kto wiedział o stanie wojennym?

Lubię trzymać w szufladach i pudłach różne szpargały. Czasem są to stare listy, czasem jakieś gazety, zdjęcia. No i właśnie natrafiłem na co...

poniedziałek, 28 lutego 2011

"W Rzepie" - cena przetrwania?

Lecąc do Wiednia, sięgnąłem po jedyną, możliwą w samolocie alternatywę dla gazety z czerwoną flagą, która to szmata, nie wiadomo czemu, jest rozdawana wszędzie, jakby to była co najmniej woda, powietrze lub bandaż na rany.
Alternatywą tą była "Rzeczpospolita" - "gazeta z kolorowymi wkładkami" - tak ją nazywam po cichu.
No i czytam ją, czytam, przy kawusi doszedłem do artykułu "Cena istnienia, sztuka przetrwania", który to artykuł miał oczywiście na celu skomentować co napisał Graś, ale chyba też pokazać światu, że aby przetrwać, czasem trzeba dać dupy, ale nieładnie o tym "casus pascudeus" mówić zbyt wiele.
Takie miałem odczucie czytając ten długi artykuł, pełen pytajników i opisów sytuacji, cytatów, ale bez żadnego ustosunkowania się do tej sprawy. Co ciekawsze, Graś pisze "cena przetrwania" z pytajnikiem na końcu, a autor tekstu w Rzepie parafrazuje ten tytuł w kierunku... niewiadomym, jakby twierdząco.

Czytałem to powoli i spośród tego wicia i szelestu łusek gadzich i śliskich, które w tle artykułu cały czas są obecne, jeden z intelektualistów, literat, człowiek słowa i interpretator tekstów JP II, pan Skwarnicki, mówi: "Nie podpisywałem umowy o współpracy z SB. BYŁA ZGODA WYŁĄCZNIE NA SPRAWY PASZPORTOWE LUB IM TOWARZYSZĄCE.
Musiałem to wytłuścić, bo ciekawi mnie w ogóle geneza powstania tego bełkotu z ust tego tuza.



Co to oznacza - postarajmy się pomóc zrzucić wężykowi skórkę:
1. Z pierwszego zdania możemy się dowiedzieć, że UMOWY to on nie podpisał. Tak, umowy nie, ale cośtam, cośtam, może? Przecież cwaniura, inteligent nie napisał po prostu: NIC NIE PODPISAŁEM!
2. Z drugiego, ponieważ jest napisane bez sensu, co może szokować ze strony literata, wynika że: była JAKAŚ zgoda, na JAKIEŚ sprawy związane z paszportami, ale nie wiemy co, jak i komu zaszkodzono. Bo chyba ta zgoda na sprawy nie polegała na tym, że poeta poleciał do sklepu po tusz do pieczątek do paszportów?
Nie wiemy, czy ta "zgoda" polegała na tym, że pan Skwarnicki podesra kogoś za paszport, czy też może pogrzebie w cudzych paszportach i coś-tam sprawdzi? Nagle erudyta zmienił się w "panie, ja nie wiem!"
W każdym razie, obrzydliwe to i śliskie, upieprzone w gnoju, jak całe te "elitki" PRL-u. Jak ci wszyscy co "nikomu nie szkodzili" i "bez własnej wiedzy" byli agentami, bo najważniejszy w życiu inteligenta PRL był paszport.


3. Dla podsumowania i przypomnienia: w PRL nie było jakiegoś podziału na agentów dużych, mniejszych, świń simplex, czy agentów "od paszportów", albo agentów "gospodarczych" - jakim na przykład tytułować się kazał założyciel PO, pan Olechowski.
Agent w PRL, to był po prostu... agent.

Można agenturę wśród polskich intelektualistów rozdzielić na "kurwy etatowe" i "podkurwiny", bo to jedyne kryterium.
Tygodnik Powszechny był pełen właśnie "podkurwin", bo jako intelektualni bezjajowcy nawet nie mogliby zostać pełnymi agentami - to tylko szpicle - hobbyści, oportuniści, tchórzyki, którzy jakoby musieli za "przetrwanie" płacić jakąś CENĘ.
Ale, jakie przetrwanie?  Kablowali bo chcieli korzyści osobistych, więc pobudki ich zachowań były dużo, dużo niższego rzędu.

A dzisiaj - no cóż... Czy ktoś może im powiedzieć w te intelektualne twarze - TY ŚWINIO - bez owijania w bawełnę?
Bo wygląda na to, że to oni zaczynają nam mówić, co dobre i złe.
Znowu!




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz