Polecany post

Holandio, płać i płacz!

Teraz Holandia to już Niderlandy, czyli „ziemie nisko leżące”. Może nawet za nisko? Od stuleci świat zachwyca się pracowitością Holendrów (N...

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Solidarność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Solidarność. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 13 grudnia 2020

Retrowrzuta 1981 - Kto wiedział o stanie wojennym? (rev.)

( Z okazji kolejnej rocznicy wprowadzenia stanu wojennego powtórka wpisu sprzed kilku lat. Jest wciąż aktualny, bo nic się nie zmieniło w "aktualnym stanie wiedzy")

 Lubię trzymać w szufladach i pudłach różne szpargały. Czasem są to stare listy, czasem jakieś gazety, zdjęcia. No i właśnie natrafiłem na coś, czego chyba nigdy nie czytałem, ale teraz rzuciłem okiem, zacząłem czytać i trochę mnie zamurowało.

Oto tygodnik "Szpilki", czyli jeden z "wentyli bezpieczeństwa" systemu PRL datowany na 6.XII.1981, ostani numer przed stanem wojennym, bo w następny poniedziałek już nie było w kioskach żadnych "wentyli", a tylko gadzinówki. Można powiedzieć, że to biały kruk.

No i czytam całkiem długi i właściwie w ogóle nie satyryczny, ani śmieszny artykuł niejakiego Kopecia, w którym to ów człowiek po prostu WIESZCZY! Przy tym, co w artykule jest opisane, Wernyhora i Nostradamus to pikusie. Otóż, pan Kopeć otwartym tekstem, bez żenady ogłasza, że za jakiś tydzień zacznie się właśnie to, co się później stało, czyli konfrontacja - stan wojenny! Używając jako przykład Sarajewa 1914 i tego co potem nastąpiło sugeruje właśnie wojnę. Tak naprawdę, to on się podpiera tym, co mówił pewien komuch z Trybuny Ludu, szara eminencja tamtych lat, niejaki Krasucki (nazwisko nieoryginalne), ale i tym co mówił redaktor Bratkowski, który to pan spełniał wtedy funkcje miłego, inteligentnego i elokwentnego pyskacza reprezentującego słuszne poglądy pod pozorem analitycznego dziennikarstwa.


Kiedy czyta się ten artykuł, to widać, że tu już nie ma kwestii co będzie i jak; tu mamy do czynienia z obstawianiem dat i porównywaniem typów!

Tu może nastąpić ta pierwsza, powierzchowna konkluzja: Jakiś gość (goście) mieli "nosa" i przewidzieli coś. No, ale nasz pan J. Kopeć sam popełnił tam wrzutkę, że ów Krasucki jest "wewnątrz", więc wie. No, pewnie, że wiedział! Wydawałoby się, że po tym artykule w Szpilkach, to już wszyscy wiedzą!
Ale... nie. Trwa zjazd Solidarności. Ludzie sobie w Związku działają, coś piszą, drukują, gadają i jeżdżą po kraju.
13 grudnia zaskakuje wszystkich! Hej, jak to??? Przecież Solidarność miała sprytnych ponoć doradców, miała sympatyków nawet w SB i milicji, więc czemu nagle zaskoczenie?
Czemu nikt nie zastanawiał się choćby i na ten tydzień przed "wojną" jak zbudować opór? Jak się organizować? Czy można zakłócić stan wojenny i jak? Jak unikać ofiar i więzień?
Okazuje się, że NZZ Solidarność nie zajmował się w ogóle tymi sprawami. Związkowcy byli zaskoczeni stanem wojennym!!!
Tysiące ludzi wyciągnięto trzynastego nad ranem z łóżek, w gaciach, do "nysek" którymi powieźli ich do więzień. Wybrali ich jak karpie ze stawu.
Mnie to śmierdzi. Nie wierzę, żeby władze "S" nie miały sygnałów od swoich ludzi, że zbliża się stan wojenny. Skoro jakiś pan Kopeć, szara eminencja, wiedział wszystko, to jak mógł o tym nie wiedzieć sam WIELKI LECH OD WYDARTYCH KART?
Nikt go nie uprzedził? Nie wiedzieli o tym wielcy Geremkowie, Kuroniowie i sami Michnikowie, doradcy Wałęsy? Krasucki wiedział, Kopeć wiedział, a Michnik nie wiedział?
Nie wierzę.
Im staję się starszy, tym więcej nabywam przekonania, że już w roku 1981 po prostu nas oszukano i nie chodzi mi bynajmniej o rząd ówczesnej PRL.


czwartek, 13 grudnia 2012

Też nie miałem teleranka...


(zamieściłem to tok temu, ale ponieważ Jaruzel wciąż oddycha daję jeszcze raz...)
To była ciekawa niedziela... mieszkałem wtedy na Staten Island, która chociaż jest częścią miasta Nowy Jork, ma się do niego tak, jak Kobyłka do Warszawy. Każdy więc dzień wolny starałem się spędzić na wędrówkach po Manhattanie, który był jak niekończący się seans niespodzianek; tyle ulic, dzielnic, ludzi... ras, szpetota i piękno, zafajdane zaułki i stal ze szkłem...
Sama jazda promem przez New York Bay była czymś niesamowitym, zwłaszcza powrót wieczorem, kiedy ten prom odbijał od zadaszonego nadbrzeża i nagle... JEBUD! Feeria świateł w górze i ich odbicie w wodzie zatoki, WTC i budynki Battery... takie ogromne!  To było zupełnie jak montowane animacje z Wojen Gwieznych, które dopiero co puszczali w Polsce w kinach. Czerń i światło, przestrzeń. Niesamowite.
No i właśnie 13 grudnia zszedłem na śniadanie szykując na wyprawę, a recepcjonistka woła mnie machając przy tym rękami. Ma poważną minę, więc nie wiem, co to może być, ale serce mi troszkę bije. Mówi mi: "Peter, there's a war going on in Poland!" Pierwsze, co pomyślałem to, że najechały nas Ruskie i ich kolesie. Drugie, co pomyślałem, to: "O kurwa, no to nie zobaczę rodziny przez 15 lat!" No i trochę (hehe) się zjeżyłem. Zaczynam się dopytywać, o co chodzi, ale ta "chica bonita" niezbyt wiedziała, więc pobiegłem do siebie i zapuściłem imitację walkmana (to mój pierwszy zakup w USA). Jak wsadziłem na łeb te słuchaweczki, to nie zdjąłem ich przez 8 godzin. Tam mieli taki program na AM, 1010 WINS, którego slogan brzmiał: "You give us 22 minutes and we'll give you the World". Oczywiście jakiekolwiek "updates" były naprawdę rzadko, ale słuchałem tego na okrągło, a pierwsze wiadomości były pełne sprzeczności, pogłosek, plotek, itp. Po kilku próbach zadzwonienia do kraju wiadome było, że nie ma połaczeń.
W każdym razie, jedno było pewne, jest przesrane. Zagadką tylko była skala tego przesrania. Spotykając uchodźców z Czechosłowacji wiedzieliśmy, że przykręcenie śruby po 1968 roku było totalne i trwało już trzynasty rok. Ludzie, których bliscy powyjeżdżali na zachód nie mogli się z nimi spotkać, bo komuna nie dawała paszportów, ale też i nie wpuszczała tych, którzy wyjechali. No i tu było pytanie... czy to potrwa tyle samo czasu??? A może więcej?
Ja też nie miałem więc "Teleranka", a niedziela, która miała być wspaniałym dniem na Manhattanie stała się ponurym dniem na obczyźnie. Jakoś przeszła mi chęć na wszystko, a nazajutrz, popędziłem do sklepu po gazetę i kiedy to poczytałem, już wiedziałem, że na pewno moje życie potoczy się inaczej niż myślałem, a z pewnością jestem kompletnie zdany tylko i wyłącznie na siebie.


Przez następne dni było tylko gorzej z apogeum deprechy w Święta.
Ponieważ nie lubię, kiedy jakiś francowaty komuch kształtuje negatywnie moje życie, bo ma jakieś chore poglądy, to od tego czasu każdy kto był zamieszany w stan wojenny, WRONę, milicję, ZOMO, esbecję, PZPR, czy aparat propagandy jest moim śmiertelnym wrogiem.  Dzisiaj, kiedy Jaruzel jest bliski zejścia, nie mam dla niego żadnej litości; stan wojenny był tylko ukoronowaniem jego ścieżki w służbie ZŁA. Jego czarną perłą w koronie, albo raczej na uszance sowieckiego pachołka.
Wybacza się tylko skruszonym, a pan jenerał, który jednocześnie mówi, że "przeprasza, ale zrobiłby to samo"  de facto... nie przeprasza, więc niech go trafi szlag. Wreszcie.